Drużynowy, przyboczny, może po prostu kolega?

Częstym problemem, z jakim boryka się tzw. młoda kadra (czyli przyboczni, drużynowi z krótkim stażem) jest brak autorytetu w drużynie wśród swoich podopiecznych. Skąd to się bierze? Po co jest autorytet? Postaram się odpowiedzieć na te dwa pytania – może i dorzucę jeszcze kilka innych istotnych rad czy informacji – w tym felietonie.

Autorytetem (jak tłumaczy Słownik języka polskiego PWN) nazwiemy człowieka mającego duże poważanie ze względu na swą wiedzę lub postawę moralną, stawiany za wzór do naśladowania, mający wpływ na postawy i myślenie innych ludzi; jest chodzącą encyklopedią. Jednakże, w wolnym tłumaczeniu, autorytet to osoba która ma tzw. siłę przebicia. Często my, młodzi drużynowi czy przyboczni, zabieramy się do „zdobywania” autorytetu w zły sposób, niekiedy oddalający nas od pożądanego efektu. Mnie osobiście, w zrozumieniu idei autorytetu pomogło przeczytanie artykułu z książki pt. „Komunikacja społeczna a wartości w edukacji. Nowe znaczenie i sytuacje. Szkolna przestrzeń interakcji i działań komunikacyjnych. Tom II” pod redakcją Wojciecha J. Maliszewskiego. Autor posiłkując się publikacjami wybitnych socjologów czy pedagogów podzielił autorytet na dwa rodzaje: formalny i naturalny. Jak sama nazwa wskazuje, bardziej pozytywnym określeniem jest autorytet naturalny. Często jednak dzieje się tak, że autorytet, jaki stanowimy w naszych drużynach, wywodzi się jedynie z noszonego przez nas sznura na lewym ramieniu. Na jednym z wyjazdów poznałem pewnego druha o stopniu harcmistrza, który w pracy ze swoją drużyną harcerską nie stosował noszenia sznurów funkcyjnych – sam również go nie nosił. Jest to swoisty eksperyment, który ma wykazać, kto naturalnie sprawuje jakie funkcje.

Autorytet lidera winien wywodzić się przede wszystkim z naszych cech charakteru, które determinują nasz temperament i charyzmę, oraz z posiadanej wiedzy i sposobu, jaki przekazujemy tę wiedzę swoim podopiecznym. Częstym błędem w naszej pracy jest hipokryzja i stosowanie terminu „dzieci” lub „dzieciaki”, mimo że wcale nie jesteśmy od nich dużo starsi. Osoba, która zabiega o autorytet, powinna być współodpowiedzialna za grupę nad którą ma władzę. Zdarza nam się, że zbyt mało rozmawiamy ze swoimi podopiecznymi, co sprawia, że robimy zajęcia nudne czy też zbyt trudne lub zbyt łatwe. Unikajmy hipokryzji.

W książce na ten, jak i inne tematy, jest wiele, wiele więcej. Są opisane metody jak postępować z podopiecznymi oparte na doświadczeniach osobistych lub wynikach wielorakich badań czy eksperymentów. Serdecznie polecam! Kto wie, może i Wam, pomoże ona stać się prawdziwym w o d z e m.

dh Jakub Żukower
drużynowy 53 DH „Łowcy Przygód”

Reklamy

Wadery dają się poznać

Każdy wędrownik powinien znać historie lub chociaż początki powstawania swojej drużyny. Niekiedy mogą one sięgać kilkudziesięciu, kilkunastu lub nawet kilku lat. W naszym konińskim hufcu drużyny wędrownicze sięgają kilkunastu lat.

TROCHĘ HISTORII NA POCZĄTEK

13 Konińska Drużyna Wędrownicza powstała w lutym (dokładnie obchodzi urodziny 21 lutego 1999r.). Mająca już 19-letnią tradycję nadal istnieje i trzyma się jak najlepiej. Została stworzona z istniejącej wtedy drużyny harcerskiej (73 KDH) z zastępu starszoharcerskiego o nazwie ,,Wadery’’. Drużynową stała się dh. Justyna Wąchnicka wraz z osobami z zastępu i innymi ochotnikami podjęli się tego zdania. Przez jej szeregi przewinęło się mnóstwo wspaniałych ludzi, których nadal możemy spotkać – w czynnej służbie lub jako weteranów w naszym hufcu. Takie były początki 13 KDW. Przez prawie dwie dekady ,,Wadery’’ wykreowały swoje zwyczaje, zasady, prawa i wspólną atmosferę.

Aktualnie należą do XII Szczepu im. Bohaterów Grunwaldu i mają się dobrze.

ZNAKI SZCZEGÓLNE

Po czym można poznać ,,Wadery”?

Tak jak i każda drużyna czy gromada mają oni swój własny oryginalny kolor chusty. Jest to kolor bordowy. Idealne dopasowanie? Czarne pagony, getry i beret. Otrzymanie chusty jest uroczystym momentem, zgodnie z obrzędowością drużyny, nadawana w gronie wędrowników, przy ognisku i przy dźwiękach gitary. Bardzo ważnym elementem dla ubioru jest pierścień na chustę w kształcie głowy wilka (Wadery). Wtedy kandydat na członka drużyny, po jego otrzymaniu, staje się już pełnoprawną Waderą.

BEE

Posiadają swój własny proporzec, który został uszyty w bordowym kolorze z przepiękną głową wilka na środku. Ważnym elementem jest też wyrzeźbiona z drewna wilczyca, która jest totemem drużyny i uczestniczy w wyjątkowych momentach.

Można ich też rozpoznać po tym, że są młodymi, ale o dziwo dojrzałymi ludźmi, którzy starają się przekazywać swoją energię innym. Nadal zdobywają doświadczenie, ale nie boją się podejmować ryzyka i eksploatować harcerski świat.

TRADYCJE

Jakie tradycje i zwyczaje panują w drużynie?

Jak wiadomo, pomimo jedności całej drużyny, pracują oni w zastępach o różnej specjalizacji np.: artystycznej czy turystycznej. Zbiórki organizuje najczęściej drużynowy, chociaż sami wędrownicy również przygotowują zajęcia na wybrany temat. Wspaniałe jest to, że pomimo narzucanych obowiązkowo tematów, sami mogą wykazać się kreatywnością i indywidualizmem (np.: zbiórki o gotowaniu, filmach czy organizowaniu sobie czasu).

MUU

Bardzo ważną częścią drużyny wędrowniczej są oczywiście wędrówki. Co roku członkowie jeżdżą na obozy wędrowne jak np.: Watra Wędrownicza.

Aby stać się członkiem drużyny, który jest ,,pełnoprawnym członkiem’’ należy zdobyć Naramiennik Wędrowniczy. Każdy z kandydatów jest poddawany próbie i po wypełnieniu zadań drużynowy nadaje mu naramiennik.

W drużynie powstało również prawo, czyli Konstytucja Drużyny. Co roku w urodziny drużyny zbierają się wszyscy, aby świętować je, ale jest to również czas, kiedy wybiera się drużynowego lub rozmawia na temat własnej konstytucji. Rada drużyny (czyli drużynowy wraz z członkami i zastępowymi) rozpatruje uwagi i prośby dotyczące konstytucji.

Wędrownicy kierują się również Kodeksem Wędrowniczym, czyli odpowiednikiem Praw Zucha czy Prawa Harcerskiego.

 Kto może wstąpić do drużyny?

Członkami są osoby od 16 (lub czasami wyjątkowo od 15) do 21 roku życia. W drużynie są osoby należące do ZHP od 7. roku życia czy nawet te, które nigdy wcześniej nie miały styczności z harcerstwem. Znajdują się w niej inni drużynowi, zastępowi czy przyboczni. W ,,Waderach” nikt nie jest nieodpowiedni, wszyscy są zarówno inni jak i podobni przez swoje poglądy, chęć działania, dążenia do osiągania swoich celów.

MISJA

O co chodzi z tą misją?

Każda drużyna wędrownicza czy każdy wędrownik ma swoją misję, główne założenie, które możemy zobaczyć w dewizie wędrowniczej: Wyjdź w świat, zobacz, pomyśl, pomóż – czyli działaj! Ich celem, tak jak i każdego innego wędrownika, jest zdobycia naramiennika, czyli symbolu wędrowniczego, ale również otrzymanie stopni wędrowniczych takich jak Harcerz Orli (HO) oraz Harcerz Rzeczypospolitej (HR).

Iga Cieślińska
członkini 13 KDW „Wadery”
drużynowa 53 GZ „Wesołe Buzie”

Ps. Osobiście należę do 13 Konińskiej Drużyny Wędrowniczej. Po poznaniu jej historii i powstawania oraz zagłębiając się dokładnie w jej działania mogę powiedzieć – jestem niesamowicie dumna, że pomimo tylu lat i tak młodego wieku osób, które starały się żeby ta drużyna się rozkręciła – ona nadal działa.

Ten artykuł miał na celu przybliżyć wszystkim historię jednej z 2 drużyn wędrowniczych działającej w naszym hufcu oraz pokazać osobom, które tak bardzo starały się, aby ona rozkwitała i nabierała nowych doświadczeń, że nadal tak jest i my, młodzi kandydaci na członków drużyny, staramy się, żeby tak pozostało.

Z wartą za pan brat!

Kuba Żukower – drużynowy 53 DH „Łowcy Przygód”; uwielbia dramaty, ale tylko te filmowe; powoli odkrywa w sobie duszę muzyka, a w wolnych chwilach zamienia się w Mickiewicza; członek drużyny reprezentacyjnej.

Daria Matuszak – należy do 73 DSH „Los niños”; szalona tancerka; bez lecza nie mogłaby żyć; gitara to jej bliska kumpela; cały czas doskonali umiejętności wokalne; członkini drużyny reprezentacyjnej.

Filip Rutkowski – przyboczny 43 DH „Zawalidrogi”; „Trzy Pióra” zdobył bez najmniejszego problemu; prawdopodobnie następny Bear Grylls; w wolnych chwilach zdobywa ścieżki leśne i rowerowe; członek drużyny reprezentacyjnej.


IMG_4433

Jesteście fanami historii?

Kuba Żukower: Tak. Obecnie idę do drugiej klasy liceum ogólnokształcącego z rozszerzoną historią, więc oznacza to, że historią jako tako się interesuję.

Filip Rutkowski: Tak.

Daria Matuszak: Lubię. Jednak nie przepadam za lekcjami historii. Wolę zdobywać wiedzę w inny sposób.

Ograniczacie się do wiedzy czysto podręcznikowej czy poszerzacie ją na własną rękę?

KŻ: Lubię oglądać filmy dokumentalne na temat II wojny światowej, ale interesuję się również starożytnością.

FR: Tak, staram się. Często oglądam filmiki Historii bez cenzury na YouTube.

Pamiętacie pierwsze obchody, w których braliście udział jako członkowie Drużyny Reprezentacyjnej?

FR: Zeszłoroczne obchody wybuchu powstania warszawskiego.

KŻ: Wydaję mi się, że brałem udział w obchodach 11 listopada w 2016 roku. Druh Jacek Cieślak, czyli drużynowy reprezentacyjnej, zaprosił mnie do wzięcia udziału w nich. Spodobało mi się i zdecydowałem się zostać.

DM: Obchody 11 listopada w 2016 roku.

Obchody, które najbardziej pamiętacie to…

KŻ: Nie do końca to były obchody, a pogrzeb. Strasznie mną wstrząsnął, ponieważ była to babcia mojego kolegi, ale i harcmistrzyni działająca w naszym hufcu – hm. Studzińska.

FR: 11 listopada 2016 roku. Byłem pierwszy raz na obchodach, ale jeszcze nie oficjalnie z drużyną reprezentacyjną. Padał śnieg, było strasznie zimno. Do tego obok nas byli ułani razem ze swoimi końmi. Co było bardzo pamiętliwe…

DM: Obchody 3 maja w 2018 roku. Stałam w sztandarze razem z Anią Błaszczyk i Antkiem Sucharskim. Tak ślicznie śpiewali. Był nawet ksiądz z opery. Nagle się źle poczułam, leżałam na dywanie i zaczęli mnie ratować. To mi tak najbardziej utkwiło w pamięci.

Dlaczego postanowiliście zaangażować się w działalność drużyny? Nie licząc zachęt od dh Jacka.

DM: Uwielbiam chodzić na wszelkie uroczystości i reprezentować to, że jestem harcerzem. Idealne połączenie.

FR: Interesowałem się tym i do tego reprezentowanie hufca – dodatkowa funkcja.

KŻ: Głównie własne przekonania. Chciałem poszerzyć swoje działania w drużynie harcerskiej o działalność na terenie hufca. Gdy tylko dowiedziałem się, że mogę to zrobić, to po rozmowie z moim drużynowym – dh Radkiem Wołkiewiczem – zdecydowałem się dołączyć.

Często angażujecie w reprezentowanie naszego hufca?

FR: Staram się jak najczęściej, ale to wszystko zależy od mojego wolnego czasu.

KŻ: Jak tylko mam na to czas. Myślę, że tak średnio co trzy miesiące.

DM: Byłam chyba na wszystkich uroczystościach, odkąd jestem członkiem drużyny.

Jesteśmy na obchodach wybuchu powstania warszawskiego. Co sądzicie na ten temat?

FR: Zdecydowanie się zgadzam z potrzebą tego powstania.

KŻ: Myślę, że było potrzebne. Nawet dla samej idei. Nie do końca można było przewidzieć, że w ciągu tych kilku dni zginie ponad 200 tys. osób. Działanie powstańców było bardzo potrzebne dla świadomości narodowej dzisiejszych Polaków.

Jeśli żylibyście w 1944 roku, zaangażowalibyście się w walkę zbrojną?

DM: Oczywiście.

KŻ: Myślę, że tak. Oczywiście, jeśli nie zawładnąłby mną strach, to stanąłbym razem z nimi i starał się dać z siebie wszystko. W końcu to obiecałem w przyrzeczeniu harcerskim.

FR: Raczej tak.

rozmawiała: pwd. Dominika Osuch

Guilty pleasure

Rok szkolny już oficjalnie się zakończył, studencka sesja powoli dobiega końca, więc większość z nas ma już więcej czasu wolnego niż dotychczas. Warto z tego korzystać. Są na to różne sposoby. Oczywiście, większość czasu powinniśmy spędzać na świeżym powietrzu, aby uzupełnić niedobory witaminy D w naszym organizmie. Jednak, gdy temperatura dochodzi do 35 stopni w cieniu, spędzanie czasu na dworze może być trochę… uciążliwe, męczące? Samo południe to nie najlepsza pora dnia na wyjście na słońce, dlatego ten czas możemy przeznaczyć na relaks. Nie ograniczajmy się do oglądania telewizji leżąc na kanapie, ale postarajmy się rozwijać. Możemy sięgnąć po gitarę i nauczyć się nowej piosenki, aby zaimponować innym podczas obozowego ogniska. Doskonalenie swoich umiejętności malarskich też jest dobrym pomysłem. Sięgniecie po książkę może być również ekscytującym wydarzeniem podczas wakacji. Mnóstwo emocji, które pobudzają nas z każdą kolejną stroną: „ale dlaczego on to zrobił? Greg, uciekaj!!!”. Wisława Szymborska raz powiedziała, że „czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła” i zdecydowanie się z nią zgadzam.

Czasem czytanie może być naszym guilty pleasure. Co oznaczają te dwa tajemnicze słowa? Dosłownie można by było je przetłumaczyć z języka angielskiego jako „winna przyjemność”. Wielu uważa, że jest to idealne określenie na rzecz, czynność, która z pozoru nie powinna być czymś, co sprawia nam radość, a jednak taką jest. Sama posiadam kilka rzeczy, którego mogę oznaczyć jako moje guilty pleasure i o jednym z nich chciałabym Wam opowiedzieć.

Znalezione obrazy dla zapytania pamiętnik księżniczki książka

Meg Cabot to amerykańska pisarka, która specjalizuje się w powieściach dla nastolatek. Jedną z jej najpopularniejszym dzieł jest seria „Pamiętnik księżniczki”. Opowiada ona o życiu czternastoletniej Mii, mieszkającej wraz z matką i jej kotem Grubym Louie w Nowym Yorku, która nagle dowiaduje się, że jest księżniczką i w przyszłości zasiądzie na tronie małego europejskiego państwa – Genowii. Nie dość, że sama informacja o zmianie swojego statusu jest przytłaczająca, to jak na księżniczkę przystało, należy zachowywać się zgodnie z etykietą, co może być wyjątkowo trudne dla roztrzepanej i niepewnej siebie nastolatki.

Seria składa się z 10 części i mini dodatków do poszczególnych książek. Napisane są banalnym językiem, ale czego tu wymagać od nastolatki. Oczywiście, formą jest pamiętnik, w którym Mia relacjonuje każdy szczegół ze swojego dnia. Czasem zastanawiam się, jak jest w stanie zapisywać skrupulatnie tyle czynności, ale przymknijmy na to oko. Mia opisuje swoje pierwsze miłostki, problemy z zaakceptowaniem własnego ciała, relacje z przyjaciółmi, które nie zawsze są kolorowe. Lekka pozycja dla nastolatków, które mogą porównać swoje problemy z innymi. Sama sięgnęłam po tę pozycję pierwszy raz, będąc w wieku głównej bohaterki, wciągając w historię moje przyjaciółki, dzięki czemu miałam z kim rozmawiać o emocjonującym życiu Mii. Teraz, czytając to ponownie 6 lat później, uśmiecham się, przypominając sobie te gimnazjalne lata.

Serdecznie polecam tę pozycję na urozmaicenie sobie letnich dni. Wkroczcie w świat Mii Thermopolis pełen wesołych, przyjemnych historii i razem z nią przejdźcie tę ciężką drogę, jaką jest stanie się prawdziwą księżniczką, ale przede wszystkim pewną siebie dziewczyną.

pwd. Dominika Osuch

Ps. Jeśli oglądałeś ekranizację z 2001 roku z Anne Hathaway w roli głównej i uważasz, że jest to wystarczające – mylisz się. Seria książek i filmów różnią się od siebie i ta pierwsza jest o niebo lepsza.

Wehikuł czasu

Na Zlot Harcerzy i Skautów Ziemi Koszalińskiej „Wehikuł Czasu” zostaliśmy zaproszeni przez harcmistrzynię Joannę Struś-Prokop, wiceprzewodniczącą ZHP, a działającą właśnie w hufcu Koszalin. Zaproszenie to otrzymał dh Jakub Żukower podczas swojej wizyty w tamtejszym hufcu z okazji kursu przewodnikowskiego „Canoe”. Po powrocie do naszego miasta ogłosił on wyjazd i zbiórkę patrolu. Nazwaliśmy się Dramarama Uroboros i jako 20-osobowy patrol reprezentowaliśmy na zlocie nasz hufiec.

Wyjazd zaczął się bardzo wcześnie, bo o 2:30 w dniu 08.06. Wielu z nas uznało za próbę snu przed wyruszeniem w drogę za bezsensowną, toteż 90% patrolu zasypiała na stojąco. Zebraliśmy się wszyscy na dworcu PKP w Koninie i po odliczeniu byliśmy już gotowi wyjazdu. Prawie gotowi. Nasz patrolowy – Kuba – zapomniał wziąć zapasowych chust naszego hufca, ale udało się opanować sytuację, a do tego cała grupa ożywiła się dzięki temu zdarzeniu. Wsiedliśmy w autobus Kolei Wielkopolskich o godzinie 03:06. Tak oto zaczęła się nasza ośmiogodzinna podróż. Nie była ona taka zła, jak się wielu spodziewało. Duża część grupy spała, niektórzy o 4:00 śpiewali „Czarnego bluesa o czwartej nad ranem” – w tym ja (myślałem, że śpiący nas wyrzucą z autobusu), a jeszcze inni zszywali części naszego proporca (też ja). Tak nam minęło 8 godzin przejazdów: od Konina do Poznania, od Poznania do Stargardu i na koniec od Stargardu do Koszalina.

35517239_1719439478136353_5483471019811274752_n

Na koszalińskim dworcu przywitała nas druhna z 88 Koszalińskiej Wielopoziomowej Drużyny Harcerskiej „Czarna Kompania”. Odprowadziła nas na miejsce rozpoczęcia zlotu, a właściwie piętnastokilometrowego, morderczego rajdu do miejsca, gdzie całe wydarzenie miało się odbywać. Rajd nie byłby problemem, gdyby nie to, że bagaże odbierane i przewożone były tylko dla zuchów i harcerzy. Harcerze starsi i wędrownicy mogli liczyć na wsparcie jedynie z namiotami co najmniej trzyosobowymi oraz walizkami lub plecakami ze stelażem zewnętrznym. To był największy ból tego rajdu. Średnia waga jednego z naszych plecaków wynosiła 15 kg, a najcięższe dochodziły spokojnie do 25 kg, więc kilkoro z nas łamało sobie plecy. Do tego wszystko odbywało się w pełnym słońcu. Cały nasz patrol czuł się zmęczony, a niektóre osoby były bliskie omdlenia. Po przejściu bez celu 4 km po mieście i problemach ze znalezieniem drogi (nie jesteśmy jak miejscowi, nie znamy rozmieszczenia ulic Koszalina, o czym organizatorzy na nasze nieszczęście nie pomyśleli) udaliśmy się ponownie na dworzec, a stamtąd busem do Parnowa, gdzie odbywał się cały zlot.

Po dotarciu na miejsce około godziny 16:30 rozstawiliśmy nasze namioty (te śledzie nie chciały tak łatwo wchodzić w ziemię…), a następnie udaliśmy się na pierwsze zajęcia. Odbywały się one przy pięknym pałacyku w specjalnie rozstawionym do tego namiocie. Wewnątrz przez 2 godziny grała dla nad harcerska kapela Harcband, którzy śpiewali nam świetne piosenki harcerskie. Byłem pod niesamowitym wrażeniem, że ich gardła wytrzymały „bis” cztery razy! To było naprawdę niesamowite. Po tym, wróciliśmy do obozu by coś zjeść, a następnie udać się na kolejne zajęcia, które odbywały się już wieczorem. W tych zajęciach nie wszyscy brali udział, bo niektórym padły akumulatory i musieli udać się na spoczynek. Podczas tych zajęć rozpaliliśmy symboliczne ognisko i oglądaliśmy zdjęcia i słuchaliśmy piosenek związanych z naszym krajem i Związkiem Harcerstwa Polskiego na przestrzeni ostatniego stulecia. Na koniec, wszyscy zebrani układali ze świeczek lilijkę, krzyż harcerski i napis ZHP, aby jasno płonęły w mroku nocy, jak nasze ideały. Po tym, wszyscy udali się do namiotów.

Następnego dnia udaliśmy się na różne bloki zajęć. Było ich dość sporo m.in. gra planszowa XXL, zajęcia z robienia greckich masek z teatru, wchodzenie na wysokości przez ustawianie skrzynek, wykonywanie serca z „papierowej wikliny”, nauka masażu, pierwsza pomoc, survival i kilka jeszcze innych. Na początku podeszliśmy do nich sceptycznie, bo nie wydawały się zbyt kuszące. Jednak gdy usłyszałem słowo „planszówka” to oczy zaświeciły mi jak żarówki. Po pierwszym bloku większość z nas wiedziała już, że te zajęcia są dużo lepsze niż się wydawało na początku. Na drugim bloku udałem się niechętnie na masaż, bo ciekawsze zajęcia były zajęte. Niestety czułem, że na tym bloku trochę zmarnowałem czas.

35526787_1719439311469703_2863766240285949952_nOstatniego dnia z samego rana wstaliśmy i poszliśmy w las, gdzie odbywała się gra terenowa, w której wykorzystywaliśmy naszą (czasem znikomą) orientację w terenie i umiejętność czytania mapy. Słońce w trakcie tej gry niemiłosiernie prażyło, co okropnie dawało się nam we znaki, a wiele osób zasłabło, w tym jedna harcerka z grupy, z którą się w lesie spotkaliśmy. Po powrocie do obozu rozdano nam obiad (grochówka :c), a po konsumpcji złożyliśmy nasze namioty i odjechaliśmy w stronę hufca Koszalin, gdzie mieliśmy spędzić noc. Pod wieczór dh Jakub Żukower zorganizował nam świeczkowisko i zaprosił na nie członków hufca Koszalin, z czego kilku sprawiło nam tę przyjemność i się pojawiło. Po zakończeniu świeczkowiska mieliśmy czas wolny. Niestety nie pamiętam jak spędzaliśmy wieczór, bo praktycznie od razu zasnąłem ze zmęczenia.

Następnego dnia z rana udaliśmy się na bus do Mielna. Razem z wynajętym ratownikiem poszliśmy nad morze. Woda była przeraźliwie zimna (ok. 7-8 stopni Celsjusza), a mimo to ośmiu śmiałków z naszej grupy próbowało się „kąpać”. Po odmrażającej kąpieli udaliśmy się w głąb Mielna by zjeść na mieście. Po powrocie do Koszalina odebraliśmy swoje plecaki z hufca i udaliśmy się na pociąg. Po 8 godzinach jazdy kolejami, absolutnie wypompowani z energii, dotarliśmy do dworca PKP w Koninie.

dh Dorian Jarek

 

Za moich czasów…

Za każdym razem, gdy jechałam czy to na Wędrowniczą Watrę czy też Wielkopolski wZlot przyglądałam się wędrownikom. Chociaż z roku na rok mówiłam sobie, że jestem już za stara, albo mi się nie chce, coś mnie tam ciągnęło. Wędrownicy to wspaniała grupa młodzieży, którą łączy wspólna pasja, zainteresowania, mimo, że przez lata nasza metodyka ewoluowała, zmieniała się.

Pamiętam siebie wędrownika sprzed 10 lat. Spanie na wyplecionej własnoręcznie pryczy, rozgwieżdżone niebo. Nie mam pojęcia, jak często i czy w ogóle ładowałam telefon komórkowy. Dzisiaj – trudno byłoby się komukolwiek obyć bez komórki. Nie oszukujmy się – nam też! Może zamiast walczyć z tymi urządzeniami, spróbujmy je wykorzystać podczas zbiórki? Pokażmy wartościowe aplikacje (są przecież nawet harcerskie!). Czemu by nie zaprosić harcerzy na zbiórkę za pomocą Snapchata? Stwórzmy profil na Instagramie naszej drużyny!

Doskonale pamiętam czas zmian przedziału wiekowego wędrowników. Buntowałam się. Dlaczego tylko do 21 roku życia? Co ze starszymi członkami drużyn? Będą musieli odejść? Teraz patrzę na to z innej perspektywy. Nie jako zagrożenie, ale szansę. Szansę na rozwój. Z punktu widzenia rozwoju psychofizycznego dwójka młodych ludzi w wieku 16 i 25 lat ma przed sobą kompletnie inne zadania. Młodszy dopiero wybiera szkołę średnią, próbuje odnaleźć siebie. Ten starszy powinien być już w pełni ukształtowany, rozpoczyna dorosłe życie. Jak ich pogodzić?

Gdy myślę o rozwoju, nasuwają mi się na myśl instrumenty metodyczne. Czy rzeczywiście wędrownicy z nich korzystają? Czy są odpowiednio dobrane do obecnych potrzeb nastolatków? Chociaż jako drużynowa zachęcam swoich podopiecznych by realizowali kolejne stopnie czy zdobywali znaki służby, czasem zastanawiam się, czy nie powinny nastąpić drobne zmiany, chociażby w wymaganiach. Czy odpowiadają na potrzeby i rzeczywiście skłaniają do samorealizacji każdego wędrownika?

Całkiem niedawno nastąpiła także zmiana w oświacie. Gimnazja są powoli wygaszane, natomiast w szkołach podstawowych dodano VII oraz VIII klasę. Wydłużono również o rok szkoły średnie. ZHP stanął przed wyzwaniem – czy podążać za obecnym systemem czy pozostać przy swoim? Zlikwidować wędrownictwo czy może harcerzy starszych? A może nasz obecny system się sprawdza, więc lepiej pozostać właśnie przy nim? O stanowisku referatów wędrowniczych można poczytać więcej tutaj: http://natropie.zhp.pl/index.php/wedrownictwo-do-przegladu/

Chociaż tak wiele wokół nas się zmienia – jedno jest pewne. Warto jest być wędrownikiem.

phm. Paulina Osuch

Znajdź wyjście albo zgiń!

Książkę tę poznałam dzięki dh Gabrysi Bartman, kiedy na lekcji języka angielskiego oglądałyśmy filmy. Było to jakiś rok temu i przez cały czas zbierałam się, by ją przeczytać… i w końcu mi się udało.

Jest to książka „Więzień Labiryntu”. Autorem powieści jest James Dashner i wchodzi w skład pięcioczęściowej serii – trzech podstawowych oraz dwóch dodatkowych.

Znalezione obrazy dla zapytania więzień labiryntu

Książka opowiada o Thomasie, który pewnego dnia zostaje zesłany do Strefy – miejsca pobytu ludzi (tzw. Streferów), którzy zostali przywiezieni przez Pudło, czyli metalową „windę”; jest otoczona Labiryntem, który każdej nocy zamyka swoje wrota i zmienia ułożenie ścian. Labirynt jest chroniony przez wielkie, metalowe potwory ociekające obrzydliwą mazią – Buldożercy – oraz obserwowany przez Stwórców (naukowców, którzy go stworzyli) poprzez Żukolce (małe robaki przypominające żuki). Nikt nie wie, dlaczego się tam znalazł. Thomas razem z innymi osobami próbuje znaleźć wskazówki, które umożliwiłyby mu wyjście z tego miejsca. Jednak wszystko zaczyna się komplikować, kiedy do Strefy (miejsca, gdzie byli sami chłopcy) nagle trafia dziewczyna…

Moimi ulubionymi postaciami są Newt i Teresa. Newt jest od samego początku Labiryntu. Został zesłany z większą grupką osób dwa lata wcześniej niż Thomas. Kiedy Thomas pojawił się w Labiryncie, Newt mu bardzo pomagał i został jego przyjacielem. Lubię go, ponieważ nawet w najbardziej strasznych momentach, gdzie człowiek by się od razu poddał, on zachowuje zimną krew. Teresa zostaje przysłana dzień po Thomasie. Trzyma w ręce kartkę i jest nieprzytomna. Dopiero po kilku dniach odzyskuje przytomność. Podoba mi się w niej to, że za wszelką cenę chce uratować swojego przyjaciela, nawet gdyby miała zdradzić pozostałe osoby.

Najlepszą częścią powieści jest moment, gdy Thomas staje się Zwiadowcą (osobą, która wchodzi do Labiryntu na przeszpiegi) i razem z innymi osobami wchodzi do Labiryntu. Myślałam, że zostanie kimś innym, ale ta rola bardzo do niego pasuje.

Jak najbardziej polecam tą książkę. Jest ona inna od wszystkich innych książek fantasty i zapewniam, że każdy ją polubi.

Oceniam serię na: 7/10

dh Kasia Oblizajek

Wspomnienia wciąż żywe

Pierwszy raz na Florianie byłem mając 10 lat, do dziś wspominam emocje, przeżywane jako dziecko na swoim pierwszym sportowym biwaku. Od tego czasu minęło dokładnie 10 lat, więc tym razem, jako dorosły już człowiek, wziąłem udział w X edycji Floriana, jednakże z innej perspektywy, bo instruktorskiej.

Zdjęcie użytkownika VII Szczep Harcerski "Spójnia" w Koninie.

Po raz pierwszy biwak odbył się w 2003 roku, z inicjatywy 29 KWDH „Pajęczyna” im. Floriana Marciniaka, pod przewodnictwem pwd. Mateusza Krzesińskiego, impreza była jednodniowa, a udział wzięły 3 drużyny. W zeszły weekend, po 15 latach, obchodziliśmy swój X jubileusz i z tej okazji druh komendant naszego VII Szczepu, dzisiaj już podharcmistrz Mateusz Krzesiński wpadł na pomysł zorganizowania go w nowym miejscu – Szkole Podstawowej nr 10 w Gosławicach, gdzie nas jeszcze nie było (dotychczasz wszystkie Floriany miały miejsce w Szkole Podstawowej nr 9). Dodano też nowy element, ognisko powitalne! Harcerskie piosenki, gitara i kiełbasa – to unikatowe połączenie zapewniło wszystkim uczestnikom strawę zarówno dla ciała jak i ducha, uśmiechy na twarzach, dźwięki trącanych strun i odgłos skwięrczących kiełbasek tworzyły doprawdy sielski klimat, uwzględniając oczywiście piękną pogodę (cały weekend +22 stopnie) oraz okoliczności przyrody (mnóstwo zieleni, ognisko i niebo pełne gwiazd).

Zdjęcie użytkownika VII Szczep Harcerski "Spójnia" w Koninie.

Sobota zaczęła się energicznie. Pierwszą konkurencją, podczas której mierzyło się 6 drużyn konińskiego hufca, był unihokej. Kij, piłka i drużyna, stały się priorytetami każdego z harcerzy, gra stała na wyrównanym poziomie. Na szczęście obyło się bez złamań, a emocje towarzyszyły w równej mierze zawodnikom, jak i wszystkim kibicom – we Florianie zawsze chodziło przede wszystkim o zdrową, pełną pozytywnej energii rywalizację niż walkę do krwi o pierwsze miejsce. Tak też było i tym razem. Po zakończeniu pierwszej dyscypliny, po klasycznym schabowym z ziemniakami, udaliśmy się na grę smartphone’ową zorganizowaną przez Muzeum Okręgowe w Koninie. Słoń leśny, prawdziwa kolczuga, dawne maszyny górnicze to tylko niektóre z eksponatów, które mogliśmy zobaczyć, przy okazji realizując zadania (skanowane QR kodem oraz odsyłane przez Messengera). Po wizycie w zielonym i pełnym kwiatów kompleksie muzealnym rzuciliśmy się w wir kolejnej dyscypliny, siatkówki ręcznikówki. Na czym ona polega, spytacie. Każda z drużyn wystawia szcześciu zawodników, którzy w parach trzymają ręcznik, którym muszą łapać i odrzucać piłkę na stronę przeciwnika. Wygrywa ta drużyna, która zgromadzi więcej punktów w przeznaczonym czasie gry. Na koniec najlepsi zawodnicy zmierzyli się z reprezentacją kadry, która, co chyba nikogo nie dziwi, wygrała ów pojedynek. Ostatnią z dyscyplin była piłka nożna, warto wspomnieć, że poza unihokejem, wszystkie rozgrywki odbywały się na świeżym powietrzu.

Zdjęcie użytkownika VII Szczep Harcerski "Spójnia" w Koninie.

Biwak zakończył się w niedzielny poranek wręczeniem pucharów dla najlepszych drużyn – I miejsce 29 KDH „Przystań”, która minimalną różnicą (bo tylko 2 punktów) wyprzedziła II miejsce 25 KDH „Włóczykije” z Krzymowa oraz III miejsce 69 WKDH „Przełęcz”. Wyróżnienie za niezłomną wolę walki i ogromne zaangażowanie otrzymał druh Norbert Jackowski (25 DH „Włóczykije”), a całość dopełnił mecz gwiazd, w której najlepsi z zawodników stawili czoła kadrze biwaku. Po wielu strzałach, sprintach, dramatycznych powrotach na swoją połowę i litrach potu, drużyna weteranów pokonała młodzież 3 do 2, po dwóch bramkach komendanta Krzesińskiego oraz bramce druhny Asi Przybylskiej (przy asyscie komendanta).

Podsumowując, Florian to wspaniała impreza, pełna radości, pozytywnej energii oraz zdrowej rywalizacji. Jest to unikatowa impreza w skali naszego hufca, jak i podejrzewam całej chorągwi. Jeśli kiedykolwiek wahałeś się, czy wziąć udział, odpowiedź jest tylko jedna, TAK!! Każdy zna stare jak świat powiedzenie „W zdrowym ciele, zdrowy duch!”, dlatego zapraszamy za rok!

pwd. Igor Ganowicz HR
drużynowy 29 KDH „Przystań”

Śmiechem ja, ty ronisz łzy

“Kiedy was nie ma to jakby nagle
zabrakło w moim życiu muzyki.”

Przyjaźń jest czymś bardzo ważnym w życiu każdego człowieka. Istnieje wiele wyliczeń, ilu można posiadać przyjaciół czy ile lat potrzeba, aby przyjaźń przetrwała do końca życia. Nie powinniśmy jednak oceniać tego tak powierzchownie. To magiczna więź między osobami, której po prostu nie trzeba tłumaczyć. Poznajemy innych w szkole, pracy, na ulicy, koncercie czy w sklepie. Jednak każdy kto czyta teraz ten artykuł przyzna, że najlepszych przyjaciół poznaje się właśnie w harcerstwie.

30741006_945049119006881_3370400260399562752_n

Poznaliście się na zbiórce? Obozie? Biwaku? Może zupełnie przypadkowo? Jak zaczęła się wasza znajomość? To ty sprawiłeś, że ta  osoba została harcerzem, a może to ty zostałeś zwerbowany? Na te pytania niech każdy odpowie sobie sam. Wspólne wędrowanie, śpiewanie przy ognisku, śmiech do rozpuku. Te same ideały, marzenia, rozmyślania. Wsłuchiwanie się w szum fal o 4 nad ranem na plaży. Potajemne nocne spotkania na biwakach. Podkradanie sobie jedzenia. Wspólne zdobywanie szczytów. Podtrzymywanie na duchu i wsparcie. Czasami te same głupie pomysły i konsekwencje. Gorzkie łzy, nieprzespane noce i podkrążone oczy. Pożyczanie sobie skarpetek na zawsze. Jedna pasta do zębów (szczoteczka czasami też!). Miliony wspólnych zdjęć, ale tylko kilka nadających się do upublicznienia. Wspólne świeczkowiska, tak samo zdarte palce od gitarowych strun. Zgubienie się na grze terenowej i odciski na stopach.  Warty w nocy, wędrówki bez celu. Żarty, które śmieszą tylko was. Tysiące historii do opowiadania znajomym, dzieciom, wnukom…

To właśnie harcerska przyjaźń. Wspólne przeżywanie każdego dnia razem, nawet gdy nie jesteście obok siebie. Połączenie myśli, siła, jedność.

“Idę dołem, a ty górą.
Jestem słońcem, ty wichurą.
Ogniem ja, wodą ty,
śmiechem ja, ty ronisz łzy”

Kindze, Idze, Julce , Ninie, Olce

sam. Weronika Kuczyńska
13KDW “Wadery”